RSS
niedziela, 22 kwietnia 2012

Czwarty rok to jakiś horror jest... Nie mam czasu na nic, chodzę przemęczona... No ok, jest to też wina tego, że tyle na siebie wzięłam, ale kurczę, cieszę się, że dobiega on końca. Na chirurgii muszę wszystko tam zrewolucjonizować, bo mimo szczerych chęci, żeby to było luzackie koło kliniczne bardziej niż naukowe, tak się nie da. Muszę też zrezygnować z koła kardio, bo wiem, że nie będę kardiologiem, a ono zabiera mi dużo czasu. Chcę też, w miarę możliwości, pochodzić na inne piętro chirurgiczne, które lubię, a na które nie mam czasu w tym roku :(

Z ciekawych rzeczy chirurgicznych ostatnio... Niech pomyślę... A, tak. Otwarta adrenalektomia (rzadkość, obecnie głównie laparoskopowo). Nadnercze z guzem. Wysoko położone, duże. Guz 9 cm, wyglądał makroskopowo ciut jak pheo, ale coś się nam wszystkim zdawało, że to niestety nie pheo. Pacjentka przed 40 jeszcze... Dalej, niedrożność po leczeniu raka jajnika (operacja i chemia). Doktor postanowił sobie puścić zrosty laparoskopowo (horror te zrosty... wątroba z otrzewną zrośnięta nawet...) i jak zaczęliśmy o 21.30 tak o 22.30 odkryliśmy perforację cienkiego i trzeba było robić konwersję. Kobieta 40 letnia. Jakoś te dwie pacjentki tak na mnie podziałały filozoficznie i depresyjnie. Była też pani schorowana, jeszcze przed 50, po obustronnej amputacji kończyn dolnych w udzie, którą ktoś kiedyś szprycował ostro pyralginą domięśniowo i zrobił jej się kamień w pośladku. Do tego tam ropień i przetoka... i trzeba było to usunąć. Średnica tego kamienia... ok 10 cm. Brrr... Innym razem było sobie neurochirurgiczne wgłobienie kości skroniowej do środka czaszki (na szczęście bez naruszenia mózgu, tylko uciskały odłamki) - pan jechał na rowerze i padł w tajemniczych okolicznościach (znaczy, że nie pamięta). Ale przesłodki dr Tomek pana naprawił :) Później była izba z dr Michałem. Przerażająco prawdziwy przypadek biednego pana po wielkim urazie czaszkowo-mózgowym 6 lat temu, obecnie po operacji ropniaka pęcherzyka - ropień w loży i w ranie pooperacyjnej. Pan z racji swego stanu neurologicznego słabo się rusza, a do tego psyche też siada... boi się nawet pryskania dezynfekcyjnym płynem po skórze. Strasznie cierpiący. Brrr.... 

Pouczyłam też studentów 2 roku w przypływie weny ;) nazwy narzędzi i wiązanie w rękach... i parę innych przydatnych rzeczy :)

Tak myślę, czy coś ciekawego na radiologii... Ale chyba to co zwykle, dr Romek jak pracuje to zawsze jest miło i ciekawie. Raz on bada, raz ja, zastanawiamy się nad opisami i jest fajnie ;) Ostatnio biegliśmy ciągnąc za sobą aparat na OIT. Spóźniliśmy się, pani się wykrwawiła po interwencji wewnątrznaczyniowej. Krwiak 10x8x4 cm mniej więcej. Przynajmniej tyle było widać. Znów przygnębiający przypadek. 

A jakby mi było mało robię pracę naukową, a drugą właśnie sobie wymyśliłam... No i w sobotę świadkuję na weselu... Kto mi rozciągnie dobę?

niedziela, 04 marca 2012

O rany, jak dawno nie pisałam... ale dzieje się tyle, że spać nie ma kiedy, a co dopiero pisać... Od października chyba trochę się pozmieniało. Zarzucam na dobre karierę kardiologiczną na rzecz chirurgii, mimo że muszę skończyć moją pracę o konwersjach przy by-passach. Kochany dr Wojtuś dzielnie mnie dopinguje. Z ciekawych bloków zajęć miałam dermatologię i wenerologię. To całkiem inny świat. Tam ludzie nie wiedzą co to betaadrenolityki, leczą owrzodzenia żylne maściami i 3 dni zastanawiają się czy maść ichtiolowa wystarczy na tego wielkiego czyraka. Egzamin zaliczony bez problemu, a po nim w nagrodę kilka cudnych operacji, głównie naczyniowych z tak cudnym zespołem, że jak tylko o nich myślę to mi się buźka śmieje :) dr Jurek, dr Waldek i dr Sebuś naprawdę sprawiają że 5-6 godzin mija jak 5 minut :) jak pracują! Jak natchnieni! A, że męczę ich często to pozwalają mi dużo robić, co wprawia mnie w stan niezdrowej chyba euforii... ostatnio prawie sama amputowałam zmartwiałego palucha panu :) 

Obecnie szkolą mnie na młodego psychiatrę - nie powiem, jest szalenie ciekawie. Smaczku dodaje fakt, że mój asystent wygląda jak Bruce Willis ;)

W kole jest coraz lepiej, ostatnie spotkanie było porywającym sukcesem, głównie za sprawą dobrze dobranego gościa ;) ale i sam zaprezentowany przypadek (pękający tętniak aorty brzusznej wytwarzający przetokę do żyły głównej dolnej) był ciekawy. Już niebawem kolejne spotkania o chirurgii naczyń i o tarczycy, bo z tego słynie jeden z dr z kliniki, zresztą poprzedni opiekun koła :) Moi kochani studenci się rozkręcają na dobre i się uczą pilnie, widzę parę talentów ;) 

Bardzo rzadko zaglądam też na neurochirurgię. I to tylko gdy jest dr Kropeczka ;) przemiły, przeuroczy facet i do tego tyyyle uczy :) Ostatnio zakładał drenaż komorowy zewnętrzny, fascynująca procedura, gdy się widzi pierwszy raz!

Za namową kolegi z grupy poszłam na jedno spotkanie koła endokrynologicznego... temat nieważny. Ważne, że komentował go mój asystent z zajęć, który jest naprawdę niesamowitym człowiekiem! Ma gigantyczną wiedzę i potrafi ją przekazać w świetny sposób... Słynna jest już jego bajeczka o parathormonie. Może będę zaglądać częściej ;)

No i na koniec radiologia... Dzięki dr Romualdowi rozszalałam się na dobre, odnoszę sukcesy i jest super! Gdybym nagle straciła nogę i nie mogła operować to zostanę radiologiem ;) Fajnie mi się z nim pracuje i uczmy się nawzajem. Dodatkowo jego druga połowa, która czasem go odwiedza jest przemiła i mądra i w ogóle więc jest super :) 

Z poza-medycznych ciekawostek... zaczęłam się uczyć koreańskiego. Ot, przez muzykę pewnego zespołu ;) Ogarniam już hangeul, czyli te ich krzaczkorki (które nie są takie bardzo trudne), zostały słówka i gramatyka :D

 

Póki co to chyba wszystko... w czwartek dyżur, liczę na spektakularną operację ;)

czwartek, 13 października 2011

Od rozpoczęcia praktyk minął miesiąc, zdążyłam je skończyć i zacząć nowy rok akademicki... Bilans popraktykowy: własnoręczna skuteczna kardiowersja, setki napisanych obserwacji dziennych u pacjentów, kilka epikryz, kurs ekg, wysłuchane niedomykalności mitralne, trójdzielne, aortalne, stenozy aortalne, obrzęki płuc, świsty i furczenia przy zapaleniach oskrzeli, szmery nad tt. szyjnymi, obmacane gigantyczne wodobrzusze, różne ciekawe zmiany podskórne... do tego świetne obchody z dr RK, PWŻ i BPZ, mili stażyści dobra kawa i sympatyczne pielęgniarki ^^ szkoda że tak krótko... Dużo się nauczyłam i ogólnie było cudnie :) Zaowocowało to świetnym wynikiem kolokwium z kardiologii niedawno - jedyna piątka w grupie to ja :)

Chirurgicznie też nie próżnuję! Skądże znowu :) Wręcz przeciwnie. Zostałam szefową koła chirurgicznego mojego ukochanego... Owszem obowiązki są, ale za to ileż profitów... No i współpraca z tymi cudownymi ludźmi na tym oddziale! Poprzednia szefowa ciągle aktywnie tam działa, więc jest lżej, a dodatkowo jest świetną dziewczyną więc sytuacja jak dla mnie jest genialna :) Kolejne spotkanie za 2 tygodnie, już się stresuję wystąpieniem 'publicznym' i przemówieniem, ale w sumie kto ma dać radę jak nie ja ;)

Co do ciekawych przypadków to w poniedziałek odbarczaliśmy na izbie odmę po pchnięciu nożem i był wielki uraz głowy - neurochirurdzy się mogli wyżyć. Tak to laparoskopowe wyrostki, klasyczne też, wielka zakrzepica w Y-grafcie, jakaś uwięzgnięta przepuklina i inne atrakcje okraszone wspaniałym poczuciem humoru dr Ewy. Dodatkowo szaleję ostatnio troszeńkę w ultrasonografii, dzięki wyjątkowemu dr Romualdowi, którzy opowiada, daje badać, pokazuje, tłumaczy a do tego jest przesympatyczny! 

No, ale żeby móc się dalej rozwijać biegnę się uczyć endokrynologii! 

piątek, 16 września 2011

I tak oto kończą się wakacje i nieuchronnie zbliża początek kolejnego roku pracy, wyrzeczeń, cierpień i zachwytów ;) 

Z tej okazji poszłam na praktyki internistyczne, które odbywam sobie na kardiologicznej 'R-ce'. Jest super! Duża rotacja pacjentów, dość ciężkie stany, które niczym za dotknięciem różdżki Harrego Pottera się 'wyprostowują' i pacjenci wracają do zdrowia szybciej bądź wolniej. Mamy pacjentkę w hipotermii terapeutycznej (neuroprotekcja), mamy obrzęk płuc (aaah, Furosemid! magiczny lek ;)), mamy zawały, migotki co to się czasem i do 'kontrowersji' nadają jak tę procedurę nazwał jeden z pretendentów :) No i opiekunów praktyk mam dwóch przesympatycznych i do tego przystojnych ;) żyć nie umierać! Jako, że w planie praktyk mam dwa dyżury dobowe do zrobienia to z koleżanką postanowiłyśmy, że wczoraj odrobimy jeden. Opisałyśmy dwóch pacjentów z zawałami, bardzo sympatycznych, napisałam raport, posłuchałyśmy sobie obrzęku płuc, stenozy aortalnej, niedomykalności mitralnej i paru innych ciekawostek. R-ka się zapełniła, był spokój więc zaciągnęłam koleżankę na moją ukochaną izbę przyjęć. Jakaż to była świetna decyzja. Spotkałyśmy mojego ulubionego radiologa, dr Grzesia, który to nawet i pacjentów w ciężkiej depresji rozśmieszy. Żartów przytaczać nie będę, bo trzeba by było tam być, ale powiem tylko, że makijaże nam spłynęły a dziś mamy zakwasy na mięśniach brzucha i nowe motto! ;) Próbowałam badać pacjentów, ale muszę przyznać, że to nie takie proste jak myślałam! 

Poza tym, zawarłam znajomość z cudownym dr Tomkiem z neurochirurgii i w następną sobotę będę z nim dyżurować. Kolejne nowe wrażenia do dodania, opisania i zapamiętania :) W sumie niedawno oglądałam swoją pierwszą w życiu operację neurochirurgiczną - odbarczanie krwiaka śródmózgowego, i muszę powiedzieć, że robi to wrażenie! Kto wie, może i neurochirurgia mnie zainteresuje bardziej ;)

Póki co, mam też na uwadze moją pracę naukową ("Którzy pacjenci powinni być kwalifikowani do wszczepienia pomostów aortalno wieńcowych w krążeniu pozaustrojowym – badanie retrospektywne na podstawie chorych operowanych w latach 2006 – 2008") Czas wziąć się za nią na poważnie i zacząć wprowadzać pacjentów do bazy. Poznałam już kardiochirurgów, których pacjentów będę badać, poznałam doktora co ma wspaniałą bazę historii chorób (mam nadzieję, że da mi do niej zajrzeć - zaoszczędzę mnóstwo pracy!). Teraz tylko znaleźć i wpisać wybrańców i zobaczyć co wyszło ;) 

A teraz, ofiara dla demona Pazuzu złożona, więc zbieram się i idę na chirurgię! Trzymajcie kciuki za jakąś fajną operację. 

 

 

Krótki update po piątkowej imprezie chirurgicznej:

Aż jedno szycie. Zero zabiegów. A taki genialny zespół był. Ech. No nic, następnym razem będzie lepiej, mam nadzieję.

sobota, 23 lipca 2011

Ostatnio ktoś zarzucił mi, że ludzie pracujący w służbie zdrowia obojętnie lub nawet wrogo traktują pacjentów, że nie mamy serca, że nas oni nic nie obchodzą, że traktujemy pacjentów przedmiotowo. Cóż, widziałam i takich lekarzy/pielęgniarki... Ale przecież nie wszyscy tacy są. Dobrze wiemy o tym, czy to moi 'koledzy z branży' czy laicy, pacjenci. Czemu tak jest? Co sprawia, że ktoś kto poświęca życie zawodowi polegającemu na pomocy innym, w sumie bezbronnym ludziom, zachowuje się wobec nich tak a nie inaczej? Widząc personel medyczny, który bezpodstawnie źle traktuje pacjenta zawsze się zastanawiam, kto tej osobie kazał taki zawód wybrać. Chyba nikt pod groźbą śmierci ich nie pchał na takie studia? Ale, żeby usprawiedliwić chociaż część naszych podłości i naszej obojętności... To dla tych, którzy są po drugiej stronie białego fartucha, dla tych co na stole operacyjnym, dla tych co w kolejce w przychodni. 

Co do obojętności, cóż. Nie można się przejmować wszystkim bo byśmy zwariowali. To tak jakby się załamywać każdym wyliczeniem, które nie wychodzi na matmie. Pamiętam doskonale pierwszego pacjenta, którego reanimowałam z lekarzami i pielęgniarkami. Gdy nam się nie udało tak się przejęłam, że miałam bóle zamostkowe... Ale potem rozmawiałam z lekarzem i pielęgniarzem. Nie ten jeden pacjent w mojej karierze umrze. Trzeba z tym żyć. Gorzej jak to przez moją opieszałość w działaniach/złe decyzje ktoś skończy życie... to inna sprawa. Ale w większości przypadków - taka jest kolej rzeczy, że każdy kiedyś umrze. A w przypadku lekarza, który w naszym pięknym kraju leczy ludzi ze średnią wieku 65+, to jest walka z czasem. Wiadomo, nie w każdym wypadku. Ale czasem jest tak, że choćbym bardzo chciała to zwyczajnie NIC się nie da zrobić. Rozsiany nowotwór naciekający aortę, nerki, 3/4 jelit... sam z siebie nie zniknie. Wyciąć go się nie da. Taki pacjent umrze i choćbym płakała przez tydzień albo krzyczała i tupała nogami to nic się nie zmieni. To samo z pacjentami z wypadków. Czasem obrażenia są zbyt duże, karetka za długo jedzie (bo akurat jakaś 'babcia' wezwała tę jedyną karetkę do siebie bo 'umiera' a tu jej tylko ciśnienie skoczyło, na przykład)... czy cokolwiek innego się stanie, że nawet mimo mojej pomocy, mimo tego że dałam z siebie wszystko ten ktoś nie przeżyje lub jest trwale okaleczony. Wiadomo, nie chodzę uśmiechnięta potem, ale też nie zamykam się w gabinecie i nie płaczę przez 3 godziny. Mam nadzieję, że wiesz o co mi chodzi. Lekarze mają specyficzne podejście do śmierci i całej jej otoczki. Uczą nas tego już od pierwszego roku. Jesteśmy wynaturzeni. Ale bez tego padlibyśmy psychicznie najpóźniej po tygodniu pracy. 

Mimo tych wszystkich złych rzeczy, które widuje się codziennie w każdym szpitalu i gabinecie zapewniam Was, że są prawdziwi Lekarze. I z Nich warto brać przykład i dużo od Nich można się nauczyć. I Oni dają wiarę w ten podły świat. A ja może jestem naiwną idealistką, ale chciałabym być taka jak dr Tomek albo dr Roman. I wierzę, że nie ja jedyna z moich znajomych. A przynajmniej mocno chcę wierzyć. 

Także bądźcie też dla nas wyrozumiali kochani pacjenci. Przede wszystkim lekarz też człowiek. Też ma emocje, mimo że skrzętnie je skrywamy, staramy się od nich w pracy odseparować. Naprawdę nie ma aż tyle chamów i gburów w naszej służbie zdrowia (czy może tylko mam niebywałe szczęście, że znam dosłownie paru?). Czasem każdy ma gorszy dzień. Zanim zaczniecie tyradę na nas może pomyślicie o tym czy przypadkiem dziś nie umarł nam pacjent, co do którego mieliśmy wielkie nadzieje. A może zwyczajnie po 'otworzeniu' pacjenta na stole operacyjnym jest gorzej niż się spodziewaliśmy... Dlatego może jesteśmy nieco obojętni na kolejne ludzkie cierpienie... 

Wiem, że to krótko. Wiem, że dość zawile i czasem nie na temat. Ale nie umiem tego lepiej ubrać w słowa. Mimo że dla większości społeczeństwa jesteśmy zimnymi robotami to jednak rzeczywistość jest inna, uwierzcie. 

 

Na dobranoc i na przemyślenia: http://www.tvn24.pl/-1,1711469,0,1,wezwal-pogotowie--zeby-go-troche-ogarneli-inna-_-do-sztucznej-szczeki,wiadomosc.html   - choć to temat na kolejny wpis. 

piątek, 17 czerwca 2011

Wczoraj świętowałam zdaną sesję na dyżurze i aż muszę opowiedzieć o dwóch pacjentkach. Mnie witki opadły. Dyżur of kors chirurgiczny. Godzina 1 w nocy, lekarz i ja, i pielęgniarki też, zmęczeni jak przysłowiowe konie po westernie. Przychodzi pani z rejestracji, przynosi 2 karteczki anonsujące nowych pacjentów i komentuje: jedna młoda, but jej nogę obtarł i umiera <wymowna mina> a druga babcia, tydzień temu ukuła się kolcem od róży i dziś jej się przypomniało że palec boli... Aż musiałam sprawdzić czy to prawda. Na kartkach rzeczywiście opisy takie jak mówiła pani rejestratorka. Cóż, akurat mieliśmy co robić to stwierdziliśmy, że jak się obrobimy to doktór pójdzie odpocząć a tamte najwcześniej o 3 przyjmiemy, może do tego czasu pójdą bo 2 godziny czekania to mnie by odstraszyło. Godzina 3.30 tamte ciągle siedzą... No, ale dobra. Na pierwszy rzut młoda. Pragnę zaznaczyć, że wygląd wiele o niej mówił. Włosy w tlenionym blondzie, sandałki na szpileczce itd. No i wchodzi niunia, na dodatek bez ubezpieczenia (a potem się dziwić, że szpital zadłużony, jak za opiekę nie ma komu płacić bo nfz nam nie odda za pacjentów nieubezpieczonych. Wizyta taka jak tej lali to 250 zł, pomnóż to razy przynajmniej 10 każdego dnia, razy 3 gabinety, a potem przez 365 dni w roku. Robi różnicę, nie?) No w każdym razie niunia ściąga bucik i krzywo przyklejony plasterek i pokazuje pęcherz od butów. Akurat w gabinecie był jeszcze doktór dyżurny USGista. Każdy oczy po sobie i się pytamy dziewczyny "to wszystko? to panią boli?" "no bardzo boli!" "no, ale uważa pani, że wymaga pani dziś operacji, która ma tę nogę uratować? Bo to ostry dyżur chirurgiczny jest, tu się operacje robi, które ratują życie lub zdrowie..." Panna oczy jak 5 zł. Dalszych wypowiedzi cytować nie będę ale miło nie było. Dostała plaster nowy i kurację BDD. Nie wiem czy ona była aż tak głupia czy bezczelna. Żeby na ostry dyżur chirurgiczny z czymś takim przyjść?! No, ale druga pani. Babcia tydzień temu róże w łogródku macała i się kujnęła. Ślad po ukłuciu był, owszem. Mały. Palec ani gorący ani czerwony - znak, że zapalenia nie ma. No i tu już doktór od USG nie wytrzymał tym razem i babcię z ziemią zrównał, proponując amputację z racji bycia w gabinecie chirurgicznym. Ja ze swej strony pani palca nakłułam jeszcze żeby sprawdzić czy na pewno ropa się nie zbiera (chyba to moje kłucie bolało bardziej niż palec przed wizytą). Kobita mam nadzieję na resztę życia zapamięta, że ostry dyżur to nie od paluszka jest. Chyba że paluszek mocno rozcięty albo urwany. Ewentualnie z gwoździem w środku. Ciśnienie mi podniosły te kobiety... Że nie wspomnę o chłopaku z rana, który przyszedł  na ostry dyżur na ZDJĘCIE SZWÓW. Ja to chyba wywieszę listę procedur niewykonywalnych na izbie przyjęć, SORze czy innych ostrych dyżurach. Najbardziej szkoda mi było doktora, bo on jest odpowiedzialny za tych pacjentów, a przez takie idiotki facet chodzi zmęczony, niewyspany, trudniej mu się skupić, łatwiej błąd popełnić, źle ocenić sytuację, o czymś zapomnieć... A to tylko ze szkodą dla naprawdę chorych pacjentów.

Uff, wylałam frustrację. Wybaczcie. Ale jakbyście miał jakieś koleżanki/kolegów z podobnymi pomysłami co do zgłaszania się do szpitala to najpierw zdzielić ich, byle mocno!

wtorek, 14 czerwca 2011

Sesja, sesja i po sesji!

Od dziś mogę oficjalnie zwać się posesjonatką i studentką IV roku! Jestem podwójnie szczęśliwa bo po mikrobiologii dziś wychodziłam załamana :) 

Niebawem dyżurek na kardiologii w ramach uczczenia mej genialnej intuicji. Opiszę jeśli będzie co :)

 

Tymczasem... Miłych wakacji!!! :))))))))))

sobota, 28 maja 2011

No i cóż... Wybrali mnie. Będę teraz współrządzić kółkowiczami kardio. Rok temu w życiu bym nie powiedziała, że pójdę w tym kierunku. Ale szczerze mówiąc jestem zadowolona. Ktoś (a nawet sporo tych ktosiów) mnie docenia, daje mi szansę rozwoju, kariery. Nie jestem traktowana jak kolejny szary student, lekarze sami zapraszają mnie do siebie na dyżury, bardzo dużo robię sama, więc oczywiste jest, że bardzo dużo się uczę. Dzięki kardiologii dotykam szerszej gałęzi medycyny, większej ilości pacjentów, także tych ciężkich i bardzo ciężkich. Najlepszym przykładem jest pani Iksińska, leżąca teraz w sedacji z sepsą, DIC i 179 tysiąsami leukocytów/mm3. Dla nie-medyków: norma to max 11 tysięcy. Nie mogliśmy wymyślić co to za bakterie tą sepsę spowodowały. Lab mikrobiologiczny też nie wiedział. Mówią, że coś rośnie, ale jak przesieją na podłoża to nie chce. Albo gruźlica albo jakieś megazjadliwe zmutowane coś... A diagnozowano ją w kierunku białaczki... aż dostała NZK w przebiegu tamponady serca i wylądowała u nas. Tonie w lekach, zobaczymy co z tego wyjdzie. 

Tak szczerze mówiąc takie pochwały dają mi jeszcze większą motywację, by pokazać im na co mnie stać. Już jestem niezła, ale chcę być najlepsza. Na pewno będzie mnie to kosztować sporo więcej pracy niż teraz wkładam, ale kto ma dać radę jak nie ja :)  Może i jestem szalona, ale kocham to co robię, mimo że jestem przedstawicielką mniejszości w tej kwestii. Nic nie poradzę na to, że jak się w coś angażuję to całą sobą. 

 

A teraz... czas nauki do sesji. Jakoś to przeżyję ;)

środa, 25 maja 2011

Sesja nadchodzi coraz większymi krokami, mój hipokamp ciągnie resztkami sił, chodzę niewyspana jak rzadko kiedy...

W ramach odpoczynku od nauki skoczyłam ostatnio na dyżurki dwa. Jeden na kardio i jeden chirurgiczny :) 

Na kardiologii, jak zawsze w miarę spokojnie, kilka izbowych konsultacji, 4 przyjęcia. Najśmieszniejszy był pan, chyba 82-letni z wszczepionym kardiowerterem-defibrylatorem (teraz: to jest takie urządzenie, podobne to 'rozrusznika' co działa trochę jak te "łyżki" na wszystkich filmach, co kopią prądem. Tylko to jest wszczepione pod skórę. Służy to temu, żeby przerywać u ludzi napady migotania komór - śmiertelnej arytmii. Robi to kopiąc serce małym prądem. Zdarza się, że to urządzenie się myli i szybką pracę innych mięśni bierze za takie migotanie komór. Albo jak komuś serce wskutek wysiłku za szybko pracuje to też potrafi to źle zinterpretować i strzelić). No i temu panu to urządzenie rano wypaliło 10 razy i się przestraszył, że na jego arytmię to już nawet to nie pomaga, albo że się zepsuło, że go tak strzela i przyjechał do szpitala. Po zebraniu z panem wywiadu okazało się, że urządzenie strzelało bo... pan przebywał intymnie z żoną ;D jaki dumny z tego był, nie masz pojęcia. A jak nam było trudno się nie śmiać... Była też pani którą po zebraniu wywiadu zaczęliśmy poważnie podejrzewać o nowotwór jelita grubego... Wracając na jasną stronę - przyjęliśmy obrzęk płuc powstały w wyniku niezoperowanej ciężkiej stenozy aortalnej. W piątek zaglądam znów na oddział to się dowiem może czy się wreszcie zgodziła na zabieg. Poza tym spokój, przemiła atmosfera i dużo wchłoniętej wiedzy. Dr Michał i Marcin to świetny zespół ;)

Na chirurgii sajgon. Nie wiem czy to z racji poniedziałku czy akurat taki dzień, ale od 11 do 23 przyjęliśmy na izbie 53 pacjentów. Zerwaliśmy 4 paznokcie, nacięliśmy dwa ropnie, zeszyłam palec i głowę. Z ciekawych przypadków to był gwóźdź wbity w palec! Znaczy tylko w skórę w sumie... Pan usiłował go wyciągnąć sam, ale chyba mu się coś pomieszało bo zamiast pchać go od końcówki to ciągnął i łepek utknął. Nacięłam skórę nad nim i wyjęłam. Były dwa zabiegi, do których asystowałam. Najpierw bardzo nietypowa przepuklina - Spiegel'owska. (znaczy, że nie w okolicy pachwiny czy kresy białej czy pępka, tylko wrota były między m. prostym brzucha a skośnym zewnętrznym. Podobno 1% wszystkich przepuklin. Dr Operator, niemłody już, mówił, że sam widzi pierwszy raz w życiu coś takiego i pewnie już nie zobaczy. Świetna sprawa. Potem było krwawienie z zespolenia tętniczego. Krew sikała pod sufit prawie ;) Niestety tętnica i przeszczep żylny nieco zmaltretowane i trzeba było podwiązać ją - pan straci nogę. Ale zabieg sam w sobie ciekawy, nagły, szybki... to co lubię ;))

A jutro... kandyduję na członka zarządu mojego koła kardiologicznego, po sugestii dr Marcina i obecnej przewodniczącej. Ciągle nie mogę uwierzyć w to, że po niecałych dwóch miesiącach należenia do koła dostałam taką propozycję. Trzymajcie kciuki, żeby mnie wybrali ;)

 

Idę odespać zarwaną noc :)

środa, 18 maja 2011

Maj w pełni, a to oznacza, że nadszedł czas kiedy wykładowcy się budzą i robią nam tysiąc zaliczeń, kolokwiów i innych takich... Właśnie skończyłam kuć leki przeciwgrzybiczne i mam serdecznie dość. Mój hipokamp umiera. A czeka mnie jeszcze tona antybiotyków z leczeniem tarczycy na deserek. To jest szalenie ważne i przydatne, ja wiem, ale kurde dlaczego w maju każą zdawać jak nie ma czasu na nic? A do sesji kto się za mnie nauczy to nie wiem...

Oczywiście w związku z nawałem pracy bardzo rzadko ostatnio dyżuruję. Byłam za to na Pikniku Medycznym, edukowałam ludność tego miasta najpierw w dziedzinie kardiologii (miażdżyca i wszczepianie, działanie i wskazania do stymulatorów i ICD - dzięki dr Romanie za tę wiedzę!) a potem w chirurgii. Namawianie ludzi na kolonoskopię... To trochę jakby mówić "pani sobie wbije ten nóż w brzuch, będzie fajnie!". Te badania są szalenie potrzebne i drastycznie zmniejszają umieralność z powodu raka okrężnicy i zwiększają jego wykrywanie we wczesnym, całkowicie wyleczalnym stadium. Niemniej większość pacjentów temu poddanych bez znieczulenia twierdzi że to męki. Tu pada wyzwanie: lekarzu, zrób to tak, żeby nie potrzebować znieczulenia, i żeby pacjent nie cierpiał. Uczyłam też dzieci szycia chirurgicznego. Wypatrzyłam paru przyszłych chirurgów ;) Dużą popularnością cieszył się nasz trenażer laparoskopowy, i słusznie!

Dyżurowo - przyszła młoda dziewczyna po operacji zespolenia miedniczkowo-moczowodowego z powodu wrodzonego wodonercza. Miała kolkę nerkową - restenoza w miejscu zespolenia. Takiego USG jeszcze nie widziałam, miedniczki wielke jak pęcherz moczowy Oo. No i podziw dla tej dziewczyny, bo to ból okropny a ona się trzymała jak mało kto. Do tego, w internie, obrzęk płuc - super szybka akcja i pacjentka już leżała na R-ce. Z gratisów to z Japoni wróciła moja ukochana dr neurolog! Szalenie miło było ją znów zobaczyć i pogadać. Świetna dziewczyna :))

Jednak im dalej w las tym więcej myślę o swojej przyszłości w medycynie. Kocham chirurgię, tę adrenalinę, to, że od razu widać wyniki mojego działania, często prostotę wyboru, jasne sytuacje. Ale... Ta kardiologia też mnie kusi. I patrząc długoterminowo to dla kobiety lepsze wyjście chyba? W dodatku dostałam teraz szansę wykazać się, zacząć już prawie karierę szczerze mówiąc. I to nie wymyślam sobie jakieś terefere tylko pan docent Marcin i przewodnicząca koła mnie tak uhonorowali... No i jestem rozdarta. A z drugiej strony mam dużą motywację, by pokazać im, że się nie mylą co do mnie. Zwariuję kiedyś. Rzucić chirurgię ot tak? Bo nie sądzę by mi starczyło czasu na oba koła (w sumie to trzy...). Zmarnować szansę rozwoju w kardiologii i to w takim ośrodku? Jasna cholera no... Co robić...?

23:20, drkasienkaa
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3