RSS
środa, 04 grudnia 2013

Krótka notka, bo roboty na 6 roku jest dużo.

Jestem już po zajęciach z chirurgii w mojej ukochanej Klinice. Jaki to był piękny miesiąc... Żyć nie umierać. Widziałam i robiłam mnóstwo ciekawych rzeczy! Dużo nowego jak dla mnie - czyli laparoskopia. Kamica pęcherzyka, przepukliny nowymi genialnymi metodami (zespół, z którym pracowałam to jedni z wiodących, jeśli nie wiodący chirurdzy w dziedzinie w Polsce i Europie!) Żylaki, tętniaki... Delicje. A to tego atmosfera... Możecie mi tylko zazdrościć. Miesiąc w raju :) Do tego doktor J. stwierdził w trakcie naszej wspólnej pracy, że ja nie mogę być innym lekarzem niż chirurgiem. Że mam talent i że się nadaję i że nie mogę tego zmarnować. Umierałam ze szczęścia :))))))

Teraz mam urologię. Dziś pierwszy raz spotkałam profesora, kierownika Kliniki. Operował gigantycznego guza (angiomyolipoma) nerki. Nie będąc nieśmiałą spytałam czy mogę asystować i się zgodził! :) Do zabiegu mył się też inny urolog i młody ortopeda na stażach z urologii. Po 5 minutach profesor poirytował się niekompetencją rzeczonego ortopedy i wyprosił go od stołu, a mnie poprosił i przejęcie jego obowiązków! :DDDDD Operacja przebiegała w przecudnej atmosferze. Nie taki profesor straszny jak się nazywa :P Rzucał nawet sprośne żarty XD i co najważniejsze chwalił mnie przy tym biednym niezdarnym ortopedzie :D guz sam w sobie gigantyczny (łagodny) i nie taki łatwy do wyjęcia. Ważył dobrze ponad 2kg tak na rękę. Bardzo ciekawy zabieg. Wcześniej oglądałam przezcewkową resekcję guza pęcherza, też robioną przez profesora. Nie miałam pojęcia że te guzy są takie śliczne! A profesor naprawdę świetnie operuje. Byle więcej takich dni! :DDDDDDDDDDDD

niedziela, 11 sierpnia 2013

Czas na pisanie tu to towar deficytowy w moim życiu zdecydowanie ;)

 

Byłam wczoraj na dyżurze w mojej ukochanej Klinice chirurgicznej. Po prawie dwumiesięcznej przerwie! Że też wytrzymałam tak długo... Może to dzięki obozowi chirurgicznemu, ale o tym za chwilę.

Szefem dyżuru był mój Mistrz, więc już zapowiadało się dobrze... Ale nie spodziewałam się, że będzie aż tak dobrze! Do tej pory mnie trzyma ;) 

Wpadłam, pobiegłam do dr i po szybkim reasearchu znałam już plany zabiegowe - martwy paluch do obcięcia, uwięźnięta przepuklina i amputacja na udzie. W sobotę! I to przy takiej pogodzie? Cuda czasem się zdarzają. Na pierwszy rzut paluch... którego obcięłam sama!!! Trzymanie skalpela i cięcie... Niesamowite wrażenie! Nieporównywalne z niczym! Coś genialnego... Łamanie kości, czyszczenie rany, dostosowywanie "gładkości" kikuta... Cały świat przestał istnieć! Zdecydowanie uleczyło mnie to ze zwątpienia w chirurgię, jakie ostatnio miałam. Rozpaliło ogień jeszcze mocniej niż kiedyś. Już wiem jak to jest, gdy czuje się, że jest się we właściwym dla siebie miejscu, że się znalazło idealny stan. 

Kolejna miała być amputacja. Schorowany pan, niedokrwiona noga, próby ratowania... na nic. Podawanie aktylizy tylko pogorszyło sprawę... Noga była tak obrzęknięta, że aż twarda jak kamień. Dr B wziął więc pacjenta na stół. Rozpakowaliśmy go z opatrunku uciskającego pachwinę, otworzyliśmy ranę po interwencji na tętnicy udowej chcąc zobaczyć co tam się dzieje... i opróżnił się duży krwiak. O dziwo, udo zmiękło. Doktor zaczął się więc zastanawiać nad amputacją. Po sprawdzeniu, że mięśnie na podudziu są zdrowe i tylko uciśnięte zmieniliśmy plany! Zrobiliśmy piękną fasciotomię. Uwolnione mięśnie wyglądały naprawdę dobrze! Noga spisana na straty - uratowana! Coś wspaniałego! 

Uwięźniętej przepukliny już nie oglądałam, inne ważkie zajęcia pognały mnie poza teren szpitala, ale mam wrażenie, że chłopcy mieli naprawdę ciężkie zadanie. Skóra nad przepukliną zmartwiała, a co dopiero jelita... W poniedziałek dowiem się czy przeżyła. 

 

Co do obozu to zorganizowałam go dla mojego Koła. Pojechaliśmy do szpitala wojewódzkiego na oddział chirurgii ogólnej i naczyniowej. Rano - operacje i ciekawostki medyczne, a popołudniami - plażing. Dane nam było oglądać naprawdę ciekawe rzeczy. Przeszczep pachowo-udowy! Rzadkość! Mnóstwo interwencji na tętnicach kończyn dolnych. Zapamiętałam szczególnie wychudzoną, wyniszczoną panią nad którą spędziliśmy prawie 5 godzin usiłując dokrwić jej nogi. Udało się, tylko ciekawe na jak długo. Zaglądałam też sobie na oddział laryngologiczny... Mała chirurgia, wszyscy mili, uśmiechnięci. Zainteresowało mnie to, ale zdecydowanie przegrywa z wczorajszym dniem!

Chirurgia FTW! 

 

 

-----

 

Edit:

Pan któremu uratowaliśmy nogę zmarł. To takie smutne. 

U pani uwięźnięta przepuklina okazała się być zadzieżgniętą okrężnicą. Ma się dobrze, choć ropowica skóry to nic fajnego. 

***

Asystowałam dziś Profesorowi do brzuszno-kroczowej resekcji odbytnicy. Whoa. Ależ operacja. Genialnym plusem jest to, że do asysty wolał mnie, a nie świeżo przyjętych specjalizantów :D

niedziela, 25 listopada 2012

Taaak, wiem. Rzadko piszę. Ale nie mam czasu. Ani weny aż tyle ;)

Chciałam się podzielić tym, że wiem na 100% co chcę robić w życiu. A nawet na 200%. W ostatnim tygodniu dane mi było oglądać zabieg pomostowania aortalno wieńcowego (by-passy znaczy). Jak zobaczyłam bijące w klatce serce, mowę mi odjęło (a ja gaduła jestem...). Tętno mi skoczyło. Nawet nie wiecie jaki to piękny widok. A zabieg był wykonywany na bijącym sercu, także podwójnie imponujący. Operator zrobił na mnie takie wrażenie... Cholera, był jak bóg. Do pełni szczęścia (w skali od 0 do 'zrobić i umrzeć' zdecydowanie bliżej końca) brakowało mi tylko włożyć łapkę w klatę i dotknąć tego serca. Tak czy owak, zakochałam się. Ponownie. I znów na amen. W chirurgii oczywiście. Czy to kardiochirurgia, czy naczyniowa, któraś będzie moja. Nie ma innej opcji. Nie wchodzi w rachubę nawet na minutę. Chirurgia jest taka piękna. Tak zaskakująco imponująca. Urzekająca. Słów mi brak, serio. Jutro odbarczanie pnia trzewnego i tętnicy krezkowej z moimi ukochanymi doktorami. Umieram ze szczęścia!

niedziela, 09 września 2012

Za dwa tygodnie zaczyna się rok akademicki... Czemu wakacje są takie krótkie, eh.. i czemu zaczynam neurologią, z której jest wejściówka? I jeszcze egzamin z neurologii będzie dopiero w czerwcu... ugh. Ja nigdy ani neuroanatomii ani neurofizjologii nie lubiłam... :(

Póki co siedzę sobie w swojej ukochanej klinice i wciskam się gdzie tylko mogę na zabiegi. Jako, że wrzesień dopiero to jeszcze wielu lekarzy na urlopach i wolniej klinika działa. Dlatego odwiedzam nawet strumektomie. Ale nigdy nie zdradzam naczyniówki. Mój Mistrz wziął ostatnio ode mnie nr telefonu, żeby mógł do mnie zadzwonić jeśli będzie coś ciekawego... A szykuje się żebro szyjne i trochę fajnej naczyniówki. Chodzę cała w skowronkach ^^ Mam nadzieję, że albo uda mi się wyśmignąć z neurologii, albo będzie to po niej, kiedy będę mogła przyjść! (A może mnie też zwolnią kiedyś z zajęć oni, jak moją poprzedniczkę?) 

No i już na samym początku roku będę musiała zacząć organizować obóz mojego koła. Zalazłam wspaniałe miejsce, ordynator tamtego oddziału się zgodził wstępnie, więc jest cudownie! Można się tam sporo nauczyć. Poprzedni opiekun koła mnie pochwalił :)

Jak się dorwę do jakiś ciekawych pacjentów to opiszę. Na razie same niedokrwione nogi z naczyniówki ;) 

00:59, drkasienkaa
Link Komentarze (3) »
środa, 08 sierpnia 2012

Przyjaciółka wciągnęła mnie w tłumaczenie napisów do serialu medycznego (z Korei Płd. tak btw) z angielskiego na polski. No to sobie tłumaczę. Serial nawet ktoś tam ogląda. (Pominę milczeniem poziom medyczny) Ale skoro nie-medyczni to oglądają to wypadałoby zatem jakoś im wytłumaczyć, co to jest migotanie komór, zakrzepica i wkłucie centralne... No to tłumaczę. Ponoć całkiem nieźle. Tak nieźle, że aż się podzielę "dziełem" o migotaniu komór. 

Migotanie komór. Normalnie każda komórka mięśnia sercowego trzyma się za rączkę z resztą i wszystkie razem, w jednym tempie, kurczą się i rozkurczają. Czasem, z różnych powodów, dzieje się tak, że komórki puszczają rączkę koleżanek i przez to każda pracuje sobie jak chce. Efektem tego jest to, że komory – jako całość – nie kurczą się wcale, albo ledwo-ledwo. Przez to serducho nie pracuje za dobrze. Jako, że bodźcem do skurczu/rozkurczu takich komórek jest prąd to leczeniem jest defibrylacja (strzelenie prądem w wersji "łyżki, siostro!"). Taki jakby reset tych komórek. Wtedy znów łapią się za rączki i pracują, jak powinny. 

Zrozumiałe?

piątek, 27 lipca 2012

Whoa, dzieje się ostatnio tyle, że nie wiem od czego zacząć. Po sesji przyszedł czas na szaleństwa panny Ewy (czy tam Katarzyny :P).

Dwa tygodnie spędziłam na obozie naukowym, na oddziale chirurgii naczyniowej w mieście wojewódzkim. Poznałam wspaniałych lekarzy i dużo się nauczyłam. Piękne operacje robił dr Ordynator, a ja dostąpiłam zaszczytu asystowania mu. Te przeszczepy udowo-podkolanowe, te udrożnienia, te plastyki, endarterektomie, embolektomie, przeszczepy aortalno-dwuudowe... Autentycznie kawał dobrej i pięknej chirurgii. Żałuję, że mogłam tam spędzić tylko dwa tygodnie, bo nauczyć się można było bardzo dużo. Do tego ostre operacje urazowe... To wszystko... to jest to, co tygryski lubią najbardziej :))) Szczególnie zapamiętałam prześliczną operację przeszczepu udowo-podkolanowego z wstawką własną VSM in situ. Dane mi było współpracować znów z dr Ordynatorem, i to w tak cudnej atmosferze! I pozwolił mi chyba na ciut więcej niż innym... Mam przewspaniałe odczucia. 

Poza naczyniówką widziałam 7-kilogramową śledzionę (mielofibroza). Ominęło mnie za to toczenie krwi wprost do przedsionka (pourazowo) u młodego chłopaka, którego nie udało się uratować. Może to i lepiej, że tego nie widziałam... 

Po dobrze spożytkowanym obozie i wypoczynku w górach z naładowanymi bateriami stawiłam się w swej ukochanej klinice. Z marszu dorwałam się do strumy, potem endarterektomii szyjnej, PTA... ukoronowaniem czego był dzisiejszy zator tętnicy krezkowej górnej. Operacja, której nie zapomnę. Choroba to powikłanie po Y-grafcie. Diagnoza spektakularnie szybko. Zabieg... Traumatyzujący trochę. Czarne jelito, zieleniejące z każdą minutą, preparacja naczynia, szybki Fogarty i... resekcja 2/3 jelita cienkiego z hemikolektomią przerywana modłami o zdrowie pacjentki i nerwami na krwawienie z 'dziwnych' miejsc. Mam nadzieję (choć płonną-pH6,9), że pani ocaleje. 

Jutro nefrektomia i PTA, idę się wyspać przed nimi :)

poniedziałek, 04 czerwca 2012

Za 11 dni egzamin z farmakologii. Otoczony mgiełką bardzo złej sławy (próg 40% to wysoki ponoć...) Gdzie nie spojrzę widzę wzory chemiczne, reklamy leków w tv mnie przyprawiają o dreszcze, a tyle bluzgów co w ostatnim tygodniu to nie wydałam z siebie chyba przez cały rok. Mam nowe dylematy życiowe (czy w zatruciu manganem działa lewo-dopa? Czy związki boru są neurotoksyczne? Jak flunaryzyna wywołuje zespół pozapiramidowy?) i zwykłe sprawy 'śmiertelników' stają mi się obce. Oszaleć idzie... Do tego mam zespół abstynencyjny z odstawienia dyżurów. Wymyślam już najróżniejsze wymówki. Dziś piekłam ciastka. Wczoraj myłam okna. Wyjęłam gitarę i przypominam sobie chwyty. Mam jeszcze biurko do uprzątnięcia. I szafę. A może pomaluję ściany w pokoju? 

Żeby mi smutno nie było to jeszcze 3 inne egzaminy mam. Wpadnę w depresję. Ostatni dyżur był 2 tygodnie temu ponad i mimo że była świetna obsada i było przezabawnie to nic nie robiłam. Nie miałam jak odreagować kolosa z farmakologii :/ 

Moja klinika ma ostre dyżury w czasie 4 z 5 meczów na EURO. Ciekawa jestem jak to będzie wyglądać. Studentów rozpisałam. Siebie też. Zobaczymy. 

Póki co, nie ma mnie. I nie będzie, bo nie mam czasu :(

niedziela, 22 kwietnia 2012

Czwarty rok to jakiś horror jest... Nie mam czasu na nic, chodzę przemęczona... No ok, jest to też wina tego, że tyle na siebie wzięłam, ale kurczę, cieszę się, że dobiega on końca. Na chirurgii muszę wszystko tam zrewolucjonizować, bo mimo szczerych chęci, żeby to było luzackie koło kliniczne bardziej niż naukowe, tak się nie da. Muszę też zrezygnować z koła kardio, bo wiem, że nie będę kardiologiem, a ono zabiera mi dużo czasu. Chcę też, w miarę możliwości, pochodzić na inne piętro chirurgiczne, które lubię, a na które nie mam czasu w tym roku :(

Z ciekawych rzeczy chirurgicznych ostatnio... Niech pomyślę... A, tak. Otwarta adrenalektomia (rzadkość, obecnie głównie laparoskopowo). Nadnercze z guzem. Wysoko położone, duże. Guz 9 cm, wyglądał makroskopowo ciut jak pheo, ale coś się nam wszystkim zdawało, że to niestety nie pheo. Pacjentka przed 40 jeszcze... Dalej, niedrożność po leczeniu raka jajnika (operacja i chemia). Doktor postanowił sobie puścić zrosty laparoskopowo (horror te zrosty... wątroba z otrzewną zrośnięta nawet...) i jak zaczęliśmy o 21.30 tak o 22.30 odkryliśmy perforację cienkiego i trzeba było robić konwersję. Kobieta 40 letnia. Jakoś te dwie pacjentki tak na mnie podziałały filozoficznie i depresyjnie. Była też pani schorowana, jeszcze przed 50, po obustronnej amputacji kończyn dolnych w udzie, którą ktoś kiedyś szprycował ostro pyralginą domięśniowo i zrobił jej się kamień w pośladku. Do tego tam ropień i przetoka... i trzeba było to usunąć. Średnica tego kamienia... ok 10 cm. Brrr... Innym razem było sobie neurochirurgiczne wgłobienie kości skroniowej do środka czaszki (na szczęście bez naruszenia mózgu, tylko uciskały odłamki) - pan jechał na rowerze i padł w tajemniczych okolicznościach (znaczy, że nie pamięta). Ale przesłodki dr Tomek pana naprawił :) Później była izba z dr Michałem. Przerażająco prawdziwy przypadek biednego pana po wielkim urazie czaszkowo-mózgowym 6 lat temu, obecnie po operacji ropniaka pęcherzyka - ropień w loży i w ranie pooperacyjnej. Pan z racji swego stanu neurologicznego słabo się rusza, a do tego psyche też siada... boi się nawet pryskania dezynfekcyjnym płynem po skórze. Strasznie cierpiący. Brrr.... 

Pouczyłam też studentów 2 roku w przypływie weny ;) nazwy narzędzi i wiązanie w rękach... i parę innych przydatnych rzeczy :)

Tak myślę, czy coś ciekawego na radiologii... Ale chyba to co zwykle, dr Romek jak pracuje to zawsze jest miło i ciekawie. Raz on bada, raz ja, zastanawiamy się nad opisami i jest fajnie ;) Ostatnio biegliśmy ciągnąc za sobą aparat na OIT. Spóźniliśmy się, pani się wykrwawiła po interwencji wewnątrznaczyniowej. Krwiak 10x8x4 cm mniej więcej. Przynajmniej tyle było widać. Znów przygnębiający przypadek. 

A jakby mi było mało robię pracę naukową, a drugą właśnie sobie wymyśliłam... No i w sobotę świadkuję na weselu... Kto mi rozciągnie dobę?

niedziela, 04 marca 2012

O rany, jak dawno nie pisałam... ale dzieje się tyle, że spać nie ma kiedy, a co dopiero pisać... Od października chyba trochę się pozmieniało. Zarzucam na dobre karierę kardiologiczną na rzecz chirurgii, mimo że muszę skończyć moją pracę o konwersjach przy by-passach. Kochany dr Wojtuś dzielnie mnie dopinguje. Z ciekawych bloków zajęć miałam dermatologię i wenerologię. To całkiem inny świat. Tam ludzie nie wiedzą co to betaadrenolityki, leczą owrzodzenia żylne maściami i 3 dni zastanawiają się czy maść ichtiolowa wystarczy na tego wielkiego czyraka. Egzamin zaliczony bez problemu, a po nim w nagrodę kilka cudnych operacji, głównie naczyniowych z tak cudnym zespołem, że jak tylko o nich myślę to mi się buźka śmieje :) dr Jurek, dr Waldek i dr Sebuś naprawdę sprawiają że 5-6 godzin mija jak 5 minut :) jak pracują! Jak natchnieni! A, że męczę ich często to pozwalają mi dużo robić, co wprawia mnie w stan niezdrowej chyba euforii... ostatnio prawie sama amputowałam zmartwiałego palucha panu :) 

Obecnie szkolą mnie na młodego psychiatrę - nie powiem, jest szalenie ciekawie. Smaczku dodaje fakt, że mój asystent wygląda jak Bruce Willis ;)

W kole jest coraz lepiej, ostatnie spotkanie było porywającym sukcesem, głównie za sprawą dobrze dobranego gościa ;) ale i sam zaprezentowany przypadek (pękający tętniak aorty brzusznej wytwarzający przetokę do żyły głównej dolnej) był ciekawy. Już niebawem kolejne spotkania o chirurgii naczyń i o tarczycy, bo z tego słynie jeden z dr z kliniki, zresztą poprzedni opiekun koła :) Moi kochani studenci się rozkręcają na dobre i się uczą pilnie, widzę parę talentów ;) 

Bardzo rzadko zaglądam też na neurochirurgię. I to tylko gdy jest dr Kropeczka ;) przemiły, przeuroczy facet i do tego tyyyle uczy :) Ostatnio zakładał drenaż komorowy zewnętrzny, fascynująca procedura, gdy się widzi pierwszy raz!

Za namową kolegi z grupy poszłam na jedno spotkanie koła endokrynologicznego... temat nieważny. Ważne, że komentował go mój asystent z zajęć, który jest naprawdę niesamowitym człowiekiem! Ma gigantyczną wiedzę i potrafi ją przekazać w świetny sposób... Słynna jest już jego bajeczka o parathormonie. Może będę zaglądać częściej ;)

No i na koniec radiologia... Dzięki dr Romualdowi rozszalałam się na dobre, odnoszę sukcesy i jest super! Gdybym nagle straciła nogę i nie mogła operować to zostanę radiologiem ;) Fajnie mi się z nim pracuje i uczmy się nawzajem. Dodatkowo jego druga połowa, która czasem go odwiedza jest przemiła i mądra i w ogóle więc jest super :) 

Z poza-medycznych ciekawostek... zaczęłam się uczyć koreańskiego. Ot, przez muzykę pewnego zespołu ;) Ogarniam już hangeul, czyli te ich krzaczkorki (które nie są takie bardzo trudne), zostały słówka i gramatyka :D

 

Póki co to chyba wszystko... w czwartek dyżur, liczę na spektakularną operację ;)

czwartek, 13 października 2011

Od rozpoczęcia praktyk minął miesiąc, zdążyłam je skończyć i zacząć nowy rok akademicki... Bilans popraktykowy: własnoręczna skuteczna kardiowersja, setki napisanych obserwacji dziennych u pacjentów, kilka epikryz, kurs ekg, wysłuchane niedomykalności mitralne, trójdzielne, aortalne, stenozy aortalne, obrzęki płuc, świsty i furczenia przy zapaleniach oskrzeli, szmery nad tt. szyjnymi, obmacane gigantyczne wodobrzusze, różne ciekawe zmiany podskórne... do tego świetne obchody z dr RK, PWŻ i BPZ, mili stażyści dobra kawa i sympatyczne pielęgniarki ^^ szkoda że tak krótko... Dużo się nauczyłam i ogólnie było cudnie :) Zaowocowało to świetnym wynikiem kolokwium z kardiologii niedawno - jedyna piątka w grupie to ja :)

Chirurgicznie też nie próżnuję! Skądże znowu :) Wręcz przeciwnie. Zostałam szefową koła chirurgicznego mojego ukochanego... Owszem obowiązki są, ale za to ileż profitów... No i współpraca z tymi cudownymi ludźmi na tym oddziale! Poprzednia szefowa ciągle aktywnie tam działa, więc jest lżej :) Kolejne spotkanie za 2 tygodnie, już się stresuję wystąpieniem 'publicznym' i przemówieniem, ale w sumie kto ma dać radę jak nie ja ;)

Co do ciekawych przypadków to w poniedziałek odbarczaliśmy na izbie odmę po pchnięciu nożem i był wielki uraz głowy - neurochirurdzy się mogli wyżyć. Tak to laparoskopowe wyrostki, klasyczne też, wielka zakrzepica w Y-grafcie, jakaś uwięzgnięta przepuklina i inne atrakcje okraszone wspaniałym poczuciem humoru dr Ewy. Dodatkowo szaleję ostatnio troszeńkę w ultrasonografii, dzięki wyjątkowemu dr Romualdowi, którzy opowiada, daje badać, pokazuje, tłumaczy a do tego jest przesympatyczny! 

No, ale żeby móc się dalej rozwijać biegnę się uczyć endokrynologii! 

 
1 , 2 , 3